wtorek, 22 wrzesień 2026 13:33

„Takiego fachowca jak moja żona nie było nawet w Białymstoku”. Historia zakładu, który powoli znika.

Miał być zwykły wywiad o ginącym zawodzie. Wyszła opowieść o miłości, pracy i kobiecie, która potrafiła zrobić but od podstaw. O Halinie Buczyńskiej, sokólskiej mistrzyni szewstwa, której fachu, jak mówi jej mąż Jerzy, nie można było porównać z żadnym innym. Dziś w warsztacie przy ulicy Wojska Polskiego zostały maszyny, narzędzia i wspomnienia.

Miał być zwykły wywiad o ginącym zawodzie. Wyszła opowieść o miłości, pracy i kobiecie, która potrafiła zrobić but od podstaw. O Halinie Buczyńskiej, sokólskiej mistrzyni szewstwa, której fachu, jak mówi jej mąż Jerzy, nie można było porównać z żadnym innym. Dziś w warsztacie przy ulicy Wojska Polskiego zostały maszyny, narzędzia i wspomnienia.
– Takiego fachowca jak moja żona nie było nawet w Białymstoku - pan Jerzy Buczyński mówi o żonie z ogromnym uznaniem.
Halina skończyła szkołę w kierunku obuwniczym. Jeszcze jako panna pracowała w fabryce obuwia w Białymstoku. Kiedy pobrali się, założyła własny zakład.Wówczas mieszkali przy ulicy Kołłątaja, w swoim domu.
– Ale nas stamtąd wywłaszczyli w 1979 roku. Wyburzyli naszą własność i dali tutaj, na ulicy Wojska Polskiego, teren pod budowę zakładu. Czyli działalność prowadziliśmy od 1978 roku – opowiada pan Jerzy.

Ojciec też był szewcem

– Proszę mi powiedzieć, czy żona też pochodziła z Sokółki?

– Tak, żona także pochodziła stąd. Jej ojciec był szewcem. Swój zakład miał na ulicy Garbarskiej i w tym kierunku wykształcił córkę - potwierdza nasz rozmówca.

Pani Halina potrafiła zrobić but od podstaw. Kiedyś, gdy obuwie było jeszcze na kartki, w zakładzie państwa Buczyńskich, pod szyldem „wyrób i sprzedaż obuwia”, można było zamówić buty.

Halina potrafiła zrobić model i formę, uszyć wierzch oraz cholewki. Zatrudniała szewców, którzy na kopycie wykonywali gotowe buty. Można było zamówić praktycznie dowolny model.

W czasach, gdy obuwie było na kartki, klientów na takie buty było wielu.

– Ja jeździłem na rynek do Sokółki i Dąbrowy Białostockiej i tam na rynkach czekało mnóstwo klientów - wspomina pan Jerzy.

Z czasem jednak wprowadzono wysokie podatki na produkcję. Pani Halina musiała zmienić działalność na „usługi obuwnicze”.

– Żona potrafiła z butami zrobić wszystko, co tylko można. Wielu klientów chciało na przykład zwęzić albo poszerzyć cholewy. Ja natomiast wykonywałem cięższe roboty, jak wymiana obcasów, fleków czy zelówek. Żona bardziej lubiła te wszystkie prace na maszynach - opowiada spokojnym głosem.

W końcu zaczęła chorować.

– No i już nie żyje. Zmarła niedawno, miała 82 lata - kończy z zadumą w głosie.

Pan Jerzy również choruje. Coraz gorzej się czuje i zdrowie nie pozwala mu na pracę. Pracuje coraz mniej. Coraz mniej jest też klientów.

– Dlatego, że wszechobecna jest chińszczyzna, wiadomo. Ludziom po prostu nie opłaca się naprawiać tych wyrobów, ponieważ są tanie, szybko się niszczą i są wyrzucane… Tak to jest - tłumaczy.

Dom, którego już nie ma 

Pewnie młode pokolenie może się zastanawiać, dlaczego państwo Buczyńscy zostali wysiedleni z ulicy Kołłątaja.

Jak wyjaśnił nam pan Jerzy, na ich placu zostało wybudowane przedszkole nr 4.

– Tam mieliśmy plac, ogród, sad, podobnie jak sąsiedzi. To był czas rozbudowy Sokółki. Wywłaszczyli nas za grosze, bo za metr kwadratowy płacili niecałe 100 zł. W 1979 roku była to wartość 14 bochenków chleba - wspomina szewc.

Dom zniknął, ale zakład państwa Buczyńskich przeniósł się na ulicę Wojska Polskiego.

Z kolei do warsztatu szewskiego 

Kiedy Jerzy poznał Halinę, pracował na kolei. Bardzo dużo pomagał ukochanej.

Skórę woził do prywatnych garbarni w Krynkach, do Piecewicza i Janowicza. Do Warszawy jeździł po wszystkie materiały do produkcji obuwia.

W związku z tym, że pracował na kolei, miał bezpłatne bilety, co było bardzo korzystne.

– Bez mojej pomocy żona nie dałaby rady prowadzić biznesu, a ja przy niej zdobyłem dodatkowy fach - puentuje.

Dziś w Sokółce działa dwóch szewców. Jest jeszcze Wiesław Czaplejewicz na ulicy 1 Maja. Pan Jerzy wie jednak, że dni jego zakładu są policzone.

– Ja będę już powoli likwidować zakład. Mam 83 lata i nie jestem w stanie temu podołać. Nie mam też następcy. Dzieci i wnuki wybrały swoją drogę życiową, realizują swoje pasje. A ja siedzę teraz tutaj dla zabicia czasu. Ktoś tu wejdzie, odwiedzi mnie. Bo jest to praca nieopłacalna. Gdyby jeszcze przyszło wynająć lokal, opłacić go, to zupełnie nie miałoby to sensu.

Ludzie przychodzą i chcą tanio, bo buty są teraz tanie, a za materiały i inne rzeczy trzeba zapłacić. Niestety, jest to zawód na wyginięciu.

Zostanie pan Czaplejewicz na 1 Maja, który nauczył się zmieniać fleki od ojca. Ale on nic na maszynach nie robi, nie szyje, ja też nie, bo to wszystko tylko żona potrafiła. Tak że ludzi z takimi potrzebami odsyłam do Białegostoku – podsumowuje.

Pan Jerzy nie poznał też żadnego młodego człowieka, który chciałby zostać szewcem.

Czy są jeszcze buty, które warto naprawiać? 

Na pewno są. Pan Jerzy nie podejmuje się jednak poważniejszych napraw, bo nie jest już w stanie ich wykonywać. Ogranicza się do wymiany mniejszych fleków.

Z klejenia obuwia również musiał zrezygnować. Chemikalia używane w szewstwie są bardzo szkodliwe.

– Chorowałem, miałem na czole ranę. Dermatolog stwierdził, że jest to rak, który powstał od oparów klejów – opowiada nasz rozmówca.

Poza znanym wszystkim butaprenem pan Jerzy mówi o innych, mocniejszych klejach używanych w tym zawodzie. Opowiada też o zaletach skóry naturalnej.

– W skórzanych butach stopa oddycha, nie poci się, a zimą trzyma ciepło – to jest zaleta zdrowotna. Takie obuwie jest bardziej wytrzymałe. Sam kupuję tylko wyroby z naturalnej skóry i noszę po kilka lat. A od buta ze sztucznego tworzywa zaraz odkleja się lico i jest to „jednorazówka” na kilka miesięcy. But skórzany jest robiony inaczej, tak, żeby był trwalszy. Szycie butów również stało się niemal zapomnianą sztuką. Teraz nikt już nie szyje . To była ciężka ręczna robota. Teraz wszystkie buty są klejone, a szwy to tylko imitacja – opowiada szewc.

Drewniane szpilki i klej z mąki 

Pan Jerzy pokazuje nam słoik z drewnianymi patyczkami, tak zwanymi szpilkami, wykonanymi z drewna brzozowego. Kiedyś za ich pomocą mocowano skórzane podeszwy – w czasach, kiedy nie było jeszcze klejów. Dziś pan Jerzy czasami używa ich przy naprawie.

– Szewcy gotowali klej z mąki, którego używali tylko do skóry i podszewki. A but trzeba było ćwiekować na kopycie tymi właśnie szpilkami - przedstawia.

Szewc jak fryzjer 

Zapytaliśmy pana Jerzego o stałych klientów, którzy regularnie odwiedzali zakład przy ulicy Wojska Polskiego.

Czy, podobnie jak u fryzjera, również u szewca można było dowiedzieć się, co słychać w powiecie? A może czasem przychodziło się po prostu porozmawiać i zobaczyć, co u pana Jerzego?

– Tak, przychodzili, ale ja już części z nich nie poznaję. Są to ludzie nie tylko z Sokółki, ale też z okolic, bo oni nigdzie tam nie mieli szewca – ani w Janowie, ani w Krynkach.

Kiedy żyła żona, bywało tu dużo ludzi. Ona miała wielu znajomych. Żona była takim fachowcem, że potrafiła i torebkę naprawić, i zamek wszyć, więc miała dużo klientów i znajomych swoich, którzy tu do niej przychodzili. Teraz po jej śmierci to już bardzo mało ludzi tu zagląda.

Państwo Buczyńscy przez 20 lat mieszkali w bloku przy Grodzieńskiej.

– Także mieliśmy i mamy znajomych, chociaż też dużo z nich odeszło. Ci, którzy żyją, jeszcze przychodzą zapytać, jak zdrowie.

Maszyny, które pamiętają Halinę 

– A co przez te wszystkie lata pracy zawodowej pana i żony się zmieniło? Technologia, narzędzia? Czy ma pan jeszcze te wszystkie przyrządy, którymi pracowaliście od początku?

– Teraz firma z Warszawy przywozi mi materiały. Dzwonię i dostarczają na miejsce, co mi trzeba. Poprzednio sam jeździłem do Warszawy czy Białegostoku. Obecnie firmy sprowadzają materiały z zagranicy, kleje z Włoch. Ale w tej chwili już nic nie zamawiam, bo nie ma takiej potrzeby. Jeszcze co mam, to muszę wyrobić i…

W zakładzie przy Wojska Polskiego stoją wiekowe maszyny. Właściciel opowiedział nam ich historię. Te sprzęty służyły pani Halinie od początku jej kariery zawodowej.

Po wejściu do warsztatu wzrok od razu przyciąga monumentalna sylwetka CLAES 230-1 – kultowy model maszyny ramieniowej, produkowany w latach 70. i 80. XX wieku.

Ten pancerny, niemiecki sprzęt z epoki, gdy narzędzia tworzono na pokolenia, przez dekady był wiernym przedłużeniem rąk pani Haliny.

Charakterystyczne, wąskie ramię maszyny pozwalało jej precyzyjnie szyć głęboko wewnątrz cholewek butów i wszywać zamki w najgrubszą skórę.

Dziś ten rzadki i ceniony w rzemiośle klasyk milczy, ale jako centralny punkt pracowni wciąż niesie w sobie pamięć o kunszcie i codziennej pracy zmarłej szewcowej.

Druga to zabytkowa, przedwojenna maszyna słupkowa marki Singer. Ciężka, żeliwna konstrukcja o charakterystycznej sylwetce została stworzona z myślą o najtrudniejszych zadaniach rzemieślniczych.

Dzięki pionowej kolumnie zamiast tradycyjnego płaskiego blatu pozwalała na swobodne manewrowanie materiałem pod igłą i szycie skomplikowanych, przestrzennych form.

– Na tej żona wszywała zamki i naprawiała torebki i inne rzeczy ze skóry, filcu. Ta jest taka bardziej naprawcza – opowiada mąż pani Haliny.

Jest też trzecia maszyna.

– Moja mama, świętej pamięci, była krawcową. Tam stoi sprawna maszyna krawiecka – pan Jerzy pokazuje „singerkę” stojącą między dwoma większymi zabytkami. Ona jest chyba z 20. roku - podkreśla.

Decyzja, co stanie się z tymi wszystkimi sprzętami, będzie należała do potomków państwa Buczyńskich.

Kopyta z drewna, duraluminium i prawidła 

– Narzędzia kiedyś były bardziej prymitywne. Teraz w piwnicy mam szlifierki i przyrząd do rozciągania obuwia. Musi tam stać, bo tutaj by się człowiek od pyłu i brudu nie opędził. Kiedyś takich urządzeń nie było – wspomina rzemieślnik.

Na górnej półce regału stoją drewniane kopyta.

– Tych kopyt nikt już nie używa, są tu jako zabytek. Do rozciągania butów służy teraz specjalny, mechaniczny przyrząd. Jest wyposażony w śruby, które się rozkręca na długość i szerokość, oraz kopyta z duraluminium. Na tych drewnianych kopytach robiło się buty. Bez nich było to niemożliwe, ale też służyły do rozciągania.

Były też kiedyś kopyta z metalową sprężyną, które wkładało się do skórzanych butów, aby te się nie kurczyły.

Jak tłumaczy pan Jerzy, skóra naturalna ma to do siebie, że wysycha i kurczy się, kiedy nie jest używana. Dlatego do butów wkładało się prawidła.

Co jest najważniejsze w zawodzie szewca?

Według pana Jerzego przede wszystkim zamiłowanie do tej pracy, cierpliwość, mocne nerwy i precyzja.

Największą przyjemnością i satysfakcją są jednak spotkania z ludźmi i ich zadowolenie z wykonanej pracy. Jak podkreśla, zawsze starał się wykonywać ją solidnie i dokładnie.

Jednak nasze pytanie, czy drugi raz wybrałby ten zawód, okazało się trudne.

Dlaczego?

– Ja ten zawód wybrałem dlatego, że żona w tym zawodzie pracowała, a ja musiałem jej po prostu pomagać i wspierać ją – pięknie puentuje Buczyński.

Rzemiosło może jednak było w genach?

Pan Jerzy przywołuje też pamięć o swoim kuzynie, którego zapewne pamięta starsze pokolenie sokółczan – szewcu Wacławie Pulu.

Jego zakład mieścił się w kiosku koło kościoła św. Antoniego, w miejscu, gdzie dziś stoi Pomnik Zesłańców Sybiru.

– Tutaj stała budka, w której on naprawiał obuwie. Tak sobie później skojarzyłem, że może trochę w genach miałem to rzemiosło - uśmiecha się delikatnie.

Sam jednak miał inny zawód wyuczony. Pracował 20 lat na kolei.

– Zacząłem zaraz po szkole, w 1962 roku, a mój zawód to mechanik. Skończyłem szkołę mechaniczno-kolejową w Starosielcach. Pracowałem na kierowniczym stanowisku w Kuźnicy, na punkcie przestawczym, gdzie przestawiało się wagony z ludźmi z wąskiego toru na szeroki. Była to odpowiedzialna robota – wspomina.

Pracował na zmiany i jednocześnie pomagał żonie, która sama nie udźwignęłaby wszystkich obowiązków związanych z zakładem.

„Chińszczyzna” nie daje szewcom szans

– Kiedyś pracowało się od rana do wieczora, bo było bardzo dużo napraw. Jeszcze pięć lat wstecz - zaczyna.

Po chwili pan Jerzy przypomina sobie o jeszcze jednym zjawisku.

– Czego jeszcze nie powiedziałem? Są lumpeksy, w których ludzie kupują buty za grosze i później często przynoszą tutaj do naprawy. Często są to bardzo dobre buty, z naturalnej skóry. I może dzięki tym naprawom warsztaty szewskie mają jeszcze prawo bytu. Bo „chińszczyzna”, jak się rozwali, to trzeba ją już tylko wyrzucić. Jeżeli to jest zdeptany odlew, to już nic z tym nie zrobisz, nie zwulkanizujesz tego - kończy żartobliwie.

Z ojca na córkę 

Jak już wspomnieliśmy, ojciec pani Haliny, Mikołaj Sadowski, również był szewcem. Przez pewien czas ich zakłady działały jednocześnie.

Młoda wówczas adeptka sztuki szewskiej chodziła do zakładu taty pomagać przy wyrobie walonek. Filc do ich wyrobu kupowało się w sklepie technicznym w Białymstoku.

– Trzeba było wykroić formę na różne numery, obszyć skórą, a teść następnie obszywał skórą także podeszwę –opowiada pan Jerzy.

I tak, krok po kroku, z rodzinnego fachu, pracy na kolei, wspólnego zakładu i codziennej pomocy żonie powstała historia człowieka, który choć sam nie planował zostać szewcem, przejął ten zawód z miłości do niej.

Dziś zakład przy Wojska Polskiego powoli cichnie.

Zostały maszyny, drewniane kopyta, narzędzia, wspomnienia i historie klientów.

Został też pan Jerzy, który jeszcze tu przychodzi do pracy.

Ale przede wszystkim została pamięć o Halinie Buczyńskiej – kobiecie, która potrafiła zrobić but od podstaw. Mistrzyni sztuki szewskiej.

I o której jej mąż mówi bez wahania:

– Takiego fachowca jak moja żona nie było nawet w Białymstoku.

 

Patrycja A. Zalewska-Poskrobko


Kontakt


POWIATOWY DOM KULTURY W SOKÓŁCE
ul. Adama Mickiewicza 11 
16-100 Sokółka

tel: 666 828 883
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

REGON: 388681522
NIP: 5451823249

Reklama

Czynne od pn-pt w godzinach 8:00 - 16:00
e-mail: reklama@sokolka.tv